List do Alkoholu
Ty, któryś mi był dawniej przyjacielem,
A stałeś się katem i czarnym aniołem,
Ty – źródło złudzonych zachwytów i łez,
Do Ciebie dziś piszę ten płomienny list.
Poznałem Cię w chwilach, gdy serce mdlało,
Gdy w piersiach pustoszało, gdy w duszy wiał chłód.
Tyś podał mi czarę, w której się zdawało
Że cały świat gasi swój ognisty prąd.
„Wypij” – mówiłeś – „a ujrzysz niebiosa,
Ukoisz ból, co jak gad w sercu się zwija.
Zapomnisz, że miłość bywa niebios osą,
Że dni są ciężkie, a noce jak żmija.”
I piłem – ach, piłem z twej zdradnej amfory,
Aż dusza stała się twoją niewolnicą.
Z początku – biesiadnik przy twoim fiorycie,
W końcu – trup na własnym pogrzebie, świadek licyi.
Nie było już zabaw, ni pieśni, ni śmiechu,
Tylko łzy żony, co patrzyła blada,
I strach w oczach dzieci, i pustka pod dachem,
I sumienie, co jak upiór po nocach gada.
Byłeś mi Panem, któremu kładłem w ofierze
Godność, pracę, przyjaciół, domowe ognisko.
Byłeś kochankiem, co pieścił w nocnej mgle,
A o świcie zostawiał złamanego wszystko.
Mówiłeś: „Jam jest prawda, jam jest zapomnienie!”
A byłeś tylko wielkim, wszechogarniającym kłamstwem.
Jam ci uwierzył – i runąłem w ciemnię,
Gdzie czas się zataczał pijany, nieprzytomnym pasmem.
Lecz oto dziś – drugi rok mija,
Gdym cię odtrącił jak truciznę śmiertelną.
Stało się to nie siłą własnej mocy,
Lecz w chwili, gdym upadł na samo dno.
Gdym ujrzał w lustrze twarz nie swoją, obcą,
I usłyszał w piersiach ostatnie wołanie –
„Wybieraj: ja – lub śmierć”. I wybrałem życie,
Choć trzeba było odchodzić przez płacze, przez zgrzytanie.
Teraz, gdy trzeźwym okiem patrzę w przeszłość,
Widzę nasz romans jako chorobę ducha.
Tyś nie był bogiem, tylko martwą substancją,
Którą ja obsycałem demonami z poczucia braku.
Byłeś lustrem, w którym odbijał się mój lęk,
Byłeś trumną, w której grzebałem uczucia.
Dziś żyję – i choć czasem drży jeszcze ręka,
Wolność mam za przewodniczkę, nie ciebie, trupa.
Nie piszę tego z nienawiścią. Piszę z żalem,
Jak do umarłej części siebie, która musiała skonać.
Piszę, by pożegnać się z tobą na zawsze,
I by innym, co jeszcze piją twój jad,
Pokazać: można powstać. Można odżyć.
Choć boli, choć rana czasem się otwiera –
Lepiej czuć ból, niż nie czuć nic w twym królestwie,
Lepiej iść samym przez pustynię, niż z katem za przewodnika.
Żegnaj więc, Alkoholu. Niech cię ogień strawi
W piekle złudzeń. Ja idę w świat – bezbronny, czujny,
Z darem łez, które płyną z oczu, nie z butelki,
Z darem modlitwy, co nie woła już o zapomnienie,
Lecz o odwagę bycia. Oto mój ostatni toast:
Za trzeźwy świt, za ptaka, co śpiewa bez twojej pomocy,
Za życie – nieidealne, moje własne, prawdziwe.
Niech się stanie.
Były więzień, a dziś pielgrzym
List do Alkoholu II
O, Duchu zwodniczy, co w bursztynie zamknięty
jak w lampie czarnoksięskiej kusiłeś mą duszę,
Piszę do Ciebie – nie z tęsknoty, nie z żalu,
lecz z ciszy zwycięstwa, co dojrzewa powoli.
Byłeś mi bratem i katem zarazem,
chlebem powszednim i trucizną śmiertelną,
pieśnią przy ognisku i krzykiem w ciemności,
pociechą, co zawsze żądała zapłaty.
Jak pielgrzym ślepy ufałem Twym obietnicom,
że dasz mi skrzydła, gdy miałem tylko blizny,
że rozgrzejesz serce, gdy ono krwawiło,
że uczynisz mnie królem własnych nocy.
A Ty – jak car w pałacu z lodu –
zasiadałeś w mej głowie na złotym tronie,
a ja klęczałem, składając Ci godziny,
dni, twarze bliskich i resztki sumienia.
Pamiętam, jak brałeś bez pytania:
najpierw drobne monety wstydu,
potem całe sakwy godności,
aż w końcu samego mnie.
Lecz oto nadszedł dzień bez fanfar,
bez gromów, bez chóru aniołów.
Zwykły poranek, a jednak cudowny:
wstałem i nie poszedłem za Tobą.
Od tamtej chwili mijają pory roku,
dwa pełne kręgi słońca i śniegu,
a ja uczę się świata na nowo,
jak dziecko, co dopiero nazywa kolory.
Uczę się smutku, który nie potrzebuje ucieczki.
Uczę się radości, co nie musi być krzykiem.
Uczę się siebie – bez maski, bez mgły,
bez Twojego szeptu w uchu.
Nie piszę, by Cię przekląć,
bo nienawiść wciąż trzyma kajdany.
Nie piszę, by Cię błagać,
bo już nie jesteś moim bogiem.
Piszę, by ogłosić wyrok:
jesteś przeszłością.
Zostawiam Ci wspomnienie,
jak zostawia się grób na cmentarzu –
z szacunkiem dla zmarłych,
lecz bez chęci powrotu.
Żegnaj, złudna potęgo.
Żegnaj, królu papierowy.
Nie jesteś już moim domem,
nie jesteś już moim imieniem.
Ja mam nowe imię:
Człowiek trzeźwy.
Człowiek w drodze.
Człowiek wolny.
I jeśli kiedyś znów zapukasz,
jak czynisz to zawsze – cicho, podstępnie –
odpowiem Ci milczeniem.
Bo cisza, którą dziś noszę w sercu,
jest głośniejsza niż wszystkie Twoje obietnice.